Najpiękniejsze miejsca świata
Książki Stany Zjednoczone

„Wydawnictwo Książkowe Klimaty i ArtRage wydają arcydzieło żydowsko-amerykańskiej literatury – „Nazwij to snem” Henry’ego Rotha”

Wydana po raz pierwszy w 1934 powieść dziś uważana jest za arcydzieło żydowsko-amerykańskiej literatury i klasyczną powieść o imigrantach.

Zauważona została dopiero przy okazji wznowienia w roku 1964, do którego pisarza namówił jego agent i wydawca. Przy swoim drugim wejściu na rynek, „Nazwij to snem” odniosło spektakularny sukces i w krótkim czasie sprzedało się w ponad milionie egzemplarzy.

Powieść znalazła się na opublikowanej w 2005 roku liście 100 najlepszych powieści napisanych w języku angielskim po 1923 roku magazynu TIME.

Dawid Schearl to jeszcze mały chłopiec. Syn żydowskich imigrantów, mieszkający z rodziną w nowojorskich slumsach. Wraz z nim poznajemy brutalny i bezwzględny, pełen konfliktów świat ludzi starających ułożyć sobie życie na obczyźnie. Nowego, obcego miasta, w którym trudno się zadomowić nie równoważą chłopcu niestety trudne stosunki rodzinne.

Przez ponad trzydzieści lat „Nazwij to snem” pozostawało jedyną powieścią Rotha. Zmieniło się to dopiero napisany u schyłku życia, po prawie sześćdziesięciu latach milczenia, cykl autobiograficznych powieści „Mercy of a Rude Stream”.

Rzucił on nowe światło na część wywołujących kontrowersje kazirodczych wątków przedstawionych w „Nazwij to snem”. Wywołało to spór z Rose Broder, siostrą pisarza, która zagroziła wydawnictwu St Martin procesem sądowym i zażądała usunięcia owych wątków z udziałem postaci, której była pierwowzorem – Minnie Stigman – z kolejnych powieści w cyklu. W toku ugody wydawnictwo zapłaciło Rose 10 000 dolarów. Drugi tom powieści, choć wciąż z kontrowersyjnymi wątkami, ukazał się z adnotacją, że „ta powieść w żadnym wypadku nie jest autobiografią i nie powinna być jako taka czytana”, w kolejnych zaś – owe wątki zostały usunięte. W „Nazwij to snem” nie było oczywiście możliwości, by cokolwiek zmienić.

Robert Weil – redaktor Rotha w St. Martin – przyznał, że w celu zabezpieczenia wydawnictwa na wypadek procesu sądowego odbył z Rothem, nagrany na wideo, wywiad, w którym ustalił, które wątki powieści są autobiograficzne. Weil twierdzi, że Henry Roth potwierdził prawdziwość wątków kazirodczych.

Autorem oprawy graficznej książki jest Łukasz Piskorek.

Henry Roth (ur. 8 lutego 1906 w Tyśmienicy w Galicji, Austro-Węgry, zm. 13 października 1995 w Albuquerque, USA). Po klęsce pierwszego wydania „Nazwij to snem”, jego powieściowego debiutu, Roth nie domyślając się, że jeszcze czeka go sława, pracował jako strażak, budowlaniec i nauczyciel w różnych miastach USA.

O ile cisza związana z jego debiutem zniechęciła go do pisania, to sukces wznowienia „Nazwij to snem” go przytłoczył. Przez większość życia nie napisał nic więcej, dopiero pod jego koniec tworząc (i nie kończąc) cykl sześciu powieści traktujących o jego życiu miłosnym. Roth żył w kazirodczym związku ze swoją siostrą, a także kuzynką. Wielu badaczy literatury uważa, że to właśnie to miało głównie wpływ na blokadę pisarską Rotha.

Fragmenty książki

„-Troszeczkę się pomęczymy, trochę pocierpimy. A potem urządzimy sobie dom. A kiedy urządzimy sobie dom, będzie to przyzwoity dom. Solidne meble na czerwonych nóżkach, takie, jakie widziałam na wystawach. Wszystko za szkłem. Ładne żyrandole. Gramofon. Dojdziemy do czegoś! Centralne ogrzewanie. Co to za rozkosz obudzić się rano i nie przemarzać do kości! Biały zlew. Toaleta w mieszkaniu. Wanna. Prawdziwa wanna na moją cierpiącą skórę w lipcu! Wanna! Nie taka tarka do chrzanu jak to.

– Wskazała wanienki do prania. – Za każdym razem jak biorę kąpiel, mam cały tyłek w czereśniowe wzorki.

Ojciec zmarszczył brwi, powieki mu zaciążyły, nozdrza drżały. Dawid kurczył i rozkurczał palce w ciasnej przestrzeni buta.

– Słyszysz, Natan? – Jak zwykle kiedy w ojcu rozpalał się gniew, ciotka Berta jakby nie zdawała sobie z tego sprawy. Zapuszczała się więc dalej nieopatrznie w morze swej ekstrawaganckiej wizji. Niemalże piała. – Będziemy mieli białą wannę! Gorącą wodę! Bielutką wannę! Najgładszą na świecie! Śliską jak smarkiel u nosa…”.

„– Och! To ty na to patrzysz? – spytał z gniewnym zdziwieniem.

– Wcale nie patrzę! Słowo…

– Tak, patrzysz, nie gadaj – powiedział Leo z oburzeniem. – Już drugi raz, nawet nie słuchałeś, co mówię.

  • Ja niechcący… – Zwiesił głowę.
  • No to idź. – Krab zachrzęścił pod rozdrażnionymi zębami. – Przyjrzyj się lepiej.
  • Mogę?
  • Po to tam wisi. Pewnie, że możesz!

Zsunął się nieśmiało z krzesła, podszedł.

– O, teraz widzę. – Patrzył pilnie na obrazek. – To wcale nie to, co myślałem. – Mężczyzna był rzeczywiście brodaty, ale nie trzymał swoich kiszek w dłoni, tylko wskazywał własną pierś, w której gorzało widoczne czerwone serce.

  • A ty co myślałeś?
  • Nie mogłem dobrze zobaczyć – rzekł wymijająco.
  • Nie widziałeś tego przedtem?
  • Nie.
  • To Jezus i Najświętsze Serce.
  • Och! A co to robi?
  • Co?
  • Że w środku ma taki blask?
  • To dlatego, że jest święty.
  • Aha. – Dawid nagle zrozumiał. – Jak tamten! – Patrzył zafascynowany. – Co mi rabin opowiadał… on to miał!
  • Co miał? – Leo podszedł do niego, żeby zobaczyć.
  • To światło.
  • Nie mógł mieć – stwierdził dogmatycznie Leo. – To jest chrześcijańskie światło… ono jest większe. Większe od żydowskiego.

Dawid odwrócił się twarzą do Leo, ale wzrok jego padł na przeciwległą ścianę. Prosto nad krzesłem, na którym przed chwilą siedział, wisiała ta sama brodata postać. Tym razem jednak Dawid ją poznał. Była zrobiona z cielistej porcelany, miała coś jak pieluszkę wokół bioder i wisiała na czarnym glazurowanym krzyżu.

  • To ten sam?
  • No pewno. Musiałeś Go chyba przedtem widzieć, nie?
  • Tak, gdzieś widziałem. Ale nie wiedziałem, że to on wisi nad moją głową. – Z uczuciem lęku przyglądał się krucyfiksowi. – We włoskim zakładzie pogrzebowym. On jest zawsze z gwoździami, prawda?
  • Tak. – Leo wziął następną kromkę chleba.
  • Ale nie wiedziałem, że to jest… Nie będziesz zły, jak cię zapytam?
  • Niee! – Sięgnął po drugiego kraba. – Pytaj!
  • Czemu ten talerz nad Jego głową tutaj jest rozbity? – Wskazał krucyfiks. – A tam nie jest rozbity. – Pokazał obrazek.

– Cha! Cha! Cha! – Leo parsknął śmiechem z pełnymi jedzenia ustami. – Ale z ciebie głuptas! To nie jest talerz, to aureola. Nigdy nie widziałeś aureoli? Ona jest ze światła. A tamto też nie jest talerz – rzekł, wskazując postać na krzyżu – to jest korona cierniowa, ostrzejsza od szpilek, co mu ją Żydzi wsadzili na głowę.

  • Żydzi? – powtórzył Dawid z przerażeniem i niedowierzaniem.
  • No tak. Żydzi to są mordercy Chrystusa. Oni Go tam przybili.
  • Nie!
  • Tak, to wy!
  • Jeja! Kiedy?
  • Dawno temu. Tysiące lat.

– Och! – To oddalenie w czasie przyniosło mu trochę pociechy. – Nic nie wiedziałem. – Setki dalszych pytań cisnęły mu się na usta, ale przemilczał je, bojąc się dalszych rewelacji. – Jeja! On jest ze światła w środku i z wierzchu, nie? – Nie śmiał nic więcej powiedzieć”.

„Dawid słuchał głuchych, twardych kroków w kuchni. Drzwi otworzyły się, zamknęły. Jakiś niewyraźny, odległy żal zadrgał mu w piersi, niby wijący się, splątany dymek rozpłynął się w jego wnętrzu rodzaj apatycznego bólu, który odczuwał czasem zimą, kiedy budząc się wśród nocy, słyszał te głuche kroki schodzące ze schodów.

– Może za chwilę będziesz chciał coś zjeść – namawiała go matka. – Jak odpoczniesz trochę i nasmarujemy ci nogę. Dam ci mleka i jajko na miękko. Dobrze? – Pytanie to było obwarowane taką stanowczością, że nie wymagało odpowiedzi. – A potem zaśniesz i zapomnisz o wszystkim. – Umilkła. Ciemne, niezachwiane oczy poszukały jego oczu. – Chcesz spać, kochanie?

– Tak, mama.

Można to właściwie nazwać snem. Bo tylko tuż przed snem każdy ruch powiek potrafi skrzesać iskrę i cisnąć ją na hubę mroku, rozniecić w ciemnych kątach pokoju sypialnego takie miriady żywych strumieni obrazów – połysku na zadartych brodach, nierównego lśnienia wrotek, suchego światła na kamiennych schodkach przed domami, stożkowatego blasku szyn, oleistego lśnienia nocnej gładzi rzek, jasnych włosów, czerwonych twarzy, poświaty na wyciągniętych, otwartych dłoniach całych legionów ramion skierowanych w jego stronę. Można to właściwie nazwać snem.

Bo tylko tuż przed snem uszy zyskują moc powtórnego przywołania przeraźliwego wrzasku, ochrypłego głosu, krzyku strachu, dźwięku dzwonu, ciężkiego oddechu, ryku tłumu i wszystkich dźwięków, które fermentowały w kadziach ciszy i przeszłości. Bo tylko przed snem człowiek wie, że wciąż leży na bruku, czuje ten bruk pod sobą, a nad sobą i ze wszystkich stron wciąż sunie ku niemu, niby czarna piana, łoskot biegnących stóp, stóp w butach zniszczonych, butach nowych, ściętych, spiczastych, zabłoconych, wyczyszczonych, koślawych, startych, niezgrabnych, pod spódnicami, pod spodniami, i czuje je wszystkie na sobie i w sobie, nie odczuwając przy tym ani bólu, ani strachu, tylko przedziwny triumf, przedziwne przyzwolenie. Można to właściwie nazwać snem. Zamknął oczy”.

Autor

All Inclusive

Redakcja

Luksusowy kwartalnik turystyczno-podróżniczy. Od 2004 roku opisujemy miejsca, do których warto lecieć dłużej niż na weekend, i ludzi, którzy je prowadzą.

Czytaj dalej